Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perypatetyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perypatetyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2013

Dzisiejsza kartka z kalendarza ;-)

Jest czwartek, szósty dzień czerwca, imieniny
Wspólnoty, Zona i Admina. ;-)
Wspomnienie wyprawy do Lublina.

czwartek, 18 kwietnia 2013

U starego Marycha

Byłem na Półwiejskiej. Potem poleciałem oglądać walkę koziołków na wieźy. Ech...

sobota, 25 sierpnia 2012

Tramwaj przejechał mi przez śniadanie


Restauracja "Pod semaforem" tuż przy torach kolejki Przeworsk - Dynów rozsiadła się wprost na jednej z bocznic koło Dynowa.

niedziela, 24 czerwca 2012

Która wianek straciła ostatniej nocy - pilnie poszukiwana ;-)

Po ostatniej nocy (świętojańskiej czyli sobótkowej) znalezionio wianek stracony z kaczorem (cecha charakterystyczna); zaś świeczka do cna wykorzystaną była, nie ostał się po niej nawet ogarek.
Wianek utknął w szuwarach w miejscu o następuących współrzędnych:
52° 51' 52,03" N
19° 21' 10,56" E
Dostał się w to miejsce pewnie spływając z nurtem rzeki...
Ta, która ten wianek straciła, może zgłaszać się po zgubę. ;-)  
Bo pewnie ktoś tuż przed świtem tak śpiewał:

Світай, Боже, світай,
Жебы скоро день быв,
Та жебы я видів,
В хторым я дворі быв.

Ци в тым муруваным,

Ци в тым будуваным,
Ци при тым дівчатку
Шварно мальованым.

środa, 6 czerwca 2012

Przejście Wenus przed tarczą Słońca


6:03

[Reszta zdjęć poniżej]
Opatuleni, wyposażeni w termosy, kanapki, koce etc. sterczeliśmy od godz 4:20 rano na pomoście nad Zalewem Zegrzyńskim (bo tam najbliższe znane nam miejsce, gdzie horyzont jest najmniej zasłonięty) i nic, tylko chmury. Wyglądało że zupełnie niepotrzebnie wstawaliśmy (ja np. po 3 godzinach snu tylko!). Postanowiliśmy się już zbierać do domu jak niepyszni, ale z głupia frant ie bez wiekszej nadziei postanowiliśmy pojechać w kierunku przejaśniającego się nieba, czyli w kierunku Nowego Dworu Mazowieckiego. Jadąc zdawaliśmy sobie sprawę, że to nic nie da, owszem mniej zachmurzone niebo było przed nami widać, ale chyba było gdzieś moze nawet nad Nidzicą czyli ze sto kilometrów dalej, bo nie zbliżało się ani trochę miarę naszego posuwania się na północ. W Nowym Dworze zawróciliśmy więc i zaczęliśmy - pogodzeni z fiaskiem obserwacji - jechać w kierunku Warszawy ul. Wojska Polskiego i gadać o czymś zupełnie niezwiązanym, a tu nagle.... STOP!

Przez okienko w chmurach prześwitywało momentami Słońce!
Zatrzymaliśmy się gwałtownie na poboczu, zmontowaliśmy teleskop i...
Jest! Na Słońcu - oprócz kilku plam - widać było czarne kółeczko Wenus!

Obserowaliśmy samą końcówkę zjawiska, tak od ok. 6:03 do 6:37 - kiedy chmur znów skryły zupełnie Słońce. Samo zjawisko kończyło się 6:55 (ostantni zewnętrzny kontakt tarcz Wenus i Słońca), ale to już skryły chmury.
Wyszło mi 14 zdjęć (wszystkie załączam poniżej, oczywiście już wykadrowane) z chyba 80, które wtedy zrobiłem i to z ręki, zwykłym aparatem, idiotenkamerą Panasonica tylko z obiektywem Leica DC Vario Elmar 28-280 mm (czyli zoom optyczny dziesięciokrotny). Zdjęcia w momentach, gdy nie było w ogóle chmur, wychodziły prześwietlone, ale fajnie wyszły te, gdzie była warstwa chmur odpowiedniej grubości, by było przez nią widać Słońce.
Trzeba kliknąć na każde zdjęcie i patrzeć blisko brzegu tarczy Słońca, tak mniej więcej na godzinie pierwszej.
Natomiast próby zrobienia fotki przez teleskop w projekcji okularowej nie dały żadnego efektu.
Z węgierskimi kociakami.... ;-)
Węgierskie okulary do obserwowania
zaćmienia Słońca, kupione w 1999 roku
w Paks.

Rozstawianie teleskopu przy drodze.
Oczywiście z filtrem, tyle że okularowym,
ale przy tak krótkim czasie obserwacji
Słońca i takim pokryciu chmurami
nie stanowi to niebezpieczeństwa
pęknięcia filtra od przegrzania.

Ja tu usiłuję coś zobaczyć, a tu
komuś jakieś wygłupy w głowie
w takiej poważnej chwili... ;-)


6:03

6:03

6:08


6:08

6:09

6:09

6:12

6:16

6:17

6:35


6:36

6:37

6:37

poniedziałek, 7 maja 2012

Pajęczarze chmielnikowi

Murarz-tynkarz-akrobata i betoniarz-spadochroniarz. ;-) 
(Kto śledził ogłoszenia firm - obecnie zwanych head-hunterami- za Edwarda Rozrzutnego i Wojciecha Groźnego, ten wie dobrze, o czym piszę)

Na zdjęciu  na platformie podnośnika widoczna jest koleżanka Dagmara ze Świdnika ;-) i właściciel chmielnika, czyli ja ;-)
A poważnie to napotkany po drodze chmielnik gdzieś w okolicach Łęcznej.
Nz. zawieszanie sznurków, po których będzie się wspinał młody chmiel.
P.S. Pola Lubelszczyzny w mojej pamięci zawsze są pełne chmielników i słupów wysokiego napięcia.

Lubelskie nastodólne hafty murarskie


Na Lubelszczyźnie nie tylko kobiety haftują. Haftowane krzyżykowe ;-) wzorki upodobali sobie także murarze stodół i innych wiejskich budynków gospodarczych - oczywiście przy akceptacji miejscowych drobnych inwestorów, czyli gospodarzy. Haftowane stodoły to typowa sztuka ludowa: oddolna i skonwencjonalizowana, z estetyką narzuconą przez praktyczną formę oraz dostepne wtedy na rynku materiały. Charakterystyczne dekoracje pojawiały się od epoki Wiesława Ponurego aż po czasy Wojciecha Groźnego. Kulminacja tej stylistyki była za Edwarda Rozrzutnego, wtedy po prostu najczęściej była okazja do takiej twórczości. Dekorowano głównie murowane szczyty, bo dłuższe ściany najczęściej budowano z desek ze względu na potrzebę przewiewu (przy murowanych ścianach słoma czy siano gniją, nawet jeśli zostawi się w murach otwory). Zwykle wzory tworzono z dwu materiałów: taniej szarej cegły silikatowej i czerwonej cegły ceramicznej. Rzadziej używano najtańszych, domowej roboty pustaków z szarego żużlobetonu lub kupowanego, białego siporeksu.

Na elewacjach widuje się czasem także krzyże, ale mnie tym razem udało się znaleźć tylko kielich.
Gdyby to były Sudety, napisałbym nawet, że husycki. ;-)

Charakterystyczne romby są wynikiem stosowanego układu cegieł i raczej nie są spowodowane wpływem architektury krzyżackich zamków i kościołów (tam charakterystyczne romby zamków i kościołów były robione z ciemniejszej cegły zendrówki, wplecionej w tło muru z normalnej cegły wiśniówki - potem powtarzały to prowincjonalne kościoły Mazowsza). Raczej widziałbym tu plastyczne wpływy haftów ukraińskich. ;-)
Podziwiałem te podlubelskie dzieła od dawna, ale wreszcie przy okazji wyprawy po okolicach Chełma zdecydowałem się na zrobienie jakiegoś reprezentatywnego wyboru takich obiektów.
Ostatnie zdjęcie przedstawia budynek co prawda mieszkalny i bez ceglanych wzorów, ale z powodu doboru materiałów też zahaczający o tę stylistykę (jest to plebania parafii polskokatolickiej w Turowcu). 











P.S. Stworzę też tu kiedyś kolekcyjkę mazowieckich zabudowań gospodarczych z czerwonej cegły i nieobrobionego kamienia polnego.

wtorek, 14 lutego 2012

Turystyka łyżwiarska

Parę dni temu wybrałem się na łyżwiarski rajd turystyczny po kilku jeziorach.
Łyżwy na jeziorze to nieskrępowana wędrówka wolnego człowieka dokąd chce, przez cały świat.
Jeżdżenie na łyżwach po lodowisku to jak spacerniak w więzieniu.


Na lodowisku nudzi mi się po pół godzinie. Na jeziorze mogę jeździć godzinami i tylko głód mnie może powstrzymać, bo nie temperatura, zmęczenie czy zapadająca ciemność.
(O tyle śmieszne, że z pływaniem jest odwrotnie, w jeziorze mi się momentalnie nudzi, a na basenie mogę pływać baaaaaardzo długo i ścigać się sam z sobą, zaliczając kolejne długości).

Trzciny pod słońce - to zdjęcie warto powiększyć.

Pęknięcia w lodzie są jak abstrakcyjna grafika komputerowa.
Kiedyś sfotografuję to trójwymiarowo.


Czasami człowiek zapuści się tam, gdzie jeszcze bywają strzechy z prawdziwej słomy:

Pęknięcia lodu są jak drogi na mapie albo jak rany na skórze, jedne zabliźnone śniegiem, inne dość świeże.

Ciekawostka: ta szeroka szrama ma na ciemnym pasie o dziwo nie jedną jak zwykle, ale dwie równoległe jasne kreski wzdłuż.

Niektóre szramy są zadziwiająco szerokie:

Jeden z napotkanych ludzi wspominał, że kilka dni wcześniej jeździł nawet po lodzie samochodem.
A lód gruby - 40 centymetrów, corpus delicti ;-) na filmiku:


Mimo temperatur, sięgających nocami nawet minus 25 stopni, rzeczka wypływająca z jeziora nie zamarzła.

Ziele na kraterze - drzewo wyrosło na pniu wbitym w dno jeziora.
A przecież ten pozostały z pomostu pal przed go wbiciem w dno, czyli jakieś 30 lat temu, został nasycony wszelkimi substancjami konserwującymi czyli zabijającymi życie.
Substancje chyba już zwietrzały lub zostały wypłukane albo rozłożyły się, skoro na palu udało sie wyrosnąć i ukorzenić temu małemu drzewku.

Po trzcinowych żniwach na lodzie spalono trzcinową słomę.

Panorama jeziora, warto kliknąć i powiększyć:

Zachód słońca nad gorzelnią ;-)

Od wywrotki na pękniętym lodzie trzasnęło mi sznurowadło i to od razu w kilku miejscach naraz.
Tego dnia więc jeździć się już dłużej nie dało.