wtorek, 31 stycznia 2012
Symbol mniemanego tzw. globalnego ocieplenia: koksownik (z cerkwią w tle)
niedziela, 29 stycznia 2012
Chłopcy kontra Basia w klubie Ursynoff
Liderka nie tylko śpiewa, ale gra na klarnecie i czasami na drumli - niestety ku rozpaczy słuchaczy niedzielnego koncertu drumla gdzieś się zawieruszyła.
Taksówkarze i cinkciarze, czyli stadionu życie po życiu
Koncert na kocie i skrzypcach ;-)

sobota, 28 stycznia 2012
Żeberka w sosie orzechowym

Z wycieczką na obiedzie w Entropii, jednej z praskich restauracji - mieści przy Kępnej, tuż za rogiem Targowej, w kamienicy Manitiusa. (Notabene Jerzy Kasprzycki określał Kępną jako ulicę o charaktrze bardziej śródmiejskim niż praskim.)
Entropia mniej znana niż inne praskie knajpy, a szkoda, bo warto tam zajrzeć ze względu na dania i wystrój. Bardzo spokojne miejsce, na ścianach zdjęcia dawnej Pragi. Warto obejrzeć strony restauracji, są tam zdjęcia z zaaranżowanej we wnętrzu reklamowej sesji zdjęciowej.
Na obiad wycieczka zamawiała raczej pyzy i smażoną kaszankę z jabłkami i cebulką, a ja - z racji ostatniej obfitości tych dwu dań w moim wycieczkowym menu - tym razem zdecydowałem sie na żeberka w nietypowym sosie orzechowym, bardzo dobre. Do tego ziemniaki w mundurkach i kapusta zasmażana, cudownie kwaśna. Grzane wino dobre, a ciasto z wiśniami na deser bardzo smaczne.
Z razji tego mrozu raczyliśmy się też w Entropii grzanym winem.
Tadeusz, wajchę przełóż!
Nawet przy samej zajezdni przy Kawęczyńskiej elektronika oraz automatyka czasem zawodzą i zwrotnicę przełożyć trzeba ręcznie. Mimo dziesięciostopniowego mrozu musi się na zewnątrz pofatygować pan motorniczy - przyjmujący oczywiście na tę chwilę imię Tadeusz ;-) albo - jak w tym przypadku - pani motornicza. Proszę zauważyć, z jakim wdziękiem to czyni, wykonując niemalże taneczne pas! :-)
W przedwojennych tramwajach zwrotnice w razie potrzeby można było przełożyć ręcznie z kabiny motorniczego, w podłodze był odpowiedni otwór, a robiło to się drągiem o wiele dłuższym, niż ten widoczny na filmie. Nie było to łatwe.
Po wojnie jednak tramawajarzami zostawali często ludzie zbyt szybko przyuczani do zawodu i nie dawali sobie rady z przekładaniem z kabiny i powodowali korki. Dlatego zrezygnowano z tego sposobu i wyposażono motorniczych w krótsze i lżejsze drągi. Żeby ich użyć trzeba zatrzymać tramwaj przed zwrotnicą i wysiąść z kabiny.
Zaś zmiana zwrotnicy bez wysiadania z kabiny odbywała się kiedyś tak: jeśli tramwaj przed zwrotnicą jechał "z prądem" czyli zużywał prąd z sieci, to zwrotnica przestawiała się w jedną stronę, a jeśli "bez prądu" tzn. siłą rozpędu, to następowało przełożenie zwrotnicy w stronę przeciwną (o ile się nie mylę, prowadząc tramwaje 13N czyli tzw. parówki, motorniczowie ciągle musza posługiwać się tą metodą). Były jednak w miejskiej sieci torowisk tramwajowych takie miejsca, gdzie tuż przed zwrotnicą jechało się pod górkę i nie wszyscy motorniczowie umieli na tym odcinku jechać "bez prądu". Stawiano tam więc budki dla zwrotnicowych, którzy przekładali zwrotnicę w zależności od tego, tramwaj której linii nadjeżdżał. Jedna taka budka stała np. przy obecnym rondzie Żaba, ale na pocz. lat siedemdziesiątych zlikwidowano tam rozjazd wraz z torami na Cmentarz Bródnowski i tym samym z budką zwrotnicowego. Teraz takie budki można spotkać sporadycznie w trakcie przebudów torowisk, np. parę lat temu przy pl. Zawiszy a na Pradze przy Ratuszowej.
Teraz sterowanie zwrotnicami z wnętrza tramwaju odbywa się elektronicznie, ale - czego dowodzą dzialania widoczne na filmie - nie zawsze jest to skuteczne. ;-)
środa, 25 stycznia 2012
Amjad Sabri w Polskim Radio
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Zwierzęta na Ochocie - ochota na zwierzęta
Najpierw żuraw pompowy czyli kiwon. Pierwszy przedstawiciel tego gatunku wylągł się w XIX wieku w eksperymentalnej hodowli w Bóbrce, w wylęgarni tamtejszego aptekarza Ignacego Łukasiewicza. Rzutki ten biznesmen z branży farmaceutyczno-chemicznej wytresował wyhodowane żurawie tak, że umiały pompować wydobywaną ropę naftową oraz inne ciekle minerały i stało się to hobby tych niewinnych ptasząt.
Za żurawiem, w tle po prawej widać dobrze znane mi z wielu imprez akademiki UW przy Żwirkach - tyle że teraz tam ameryka, kanada, luksusy oraz elegancja-francja. Wracało się stamtąd nocą przez Pole Mokotowskie do akademikow mojej zawodówki ;-) które w porównaniu z tymi uniwersyteckimi wypadały nawet nieźle. Na Żwirkach nie ma już osławionych ruchomych drzwi do pomieszczenia z prysznicami. Specyfika ich polegała na tym, że były postawione przy ścianie, bo ktoś urwał zawiasy. Aby się wykąpać, trzeba było się nimi zastawić, opierając je oprzeć o framugę, ale i tak zostawały kilkucentymetrowe szpary, którymi hulały przeciągi. Drzwi czasem ginęły zupełnie i aby wtedy się wykąpać spokojnie, panie musiały umówić się z zaufaną koleżanką na zbrojną wartę przy wejściu. W przeciwnym bowiem wypadku pojawiali się od razu znajomi oraz nieznajomi, chętni nawiązać od razu na miejscu bliższe kontakty lub przynajmniej podać mydło i od razu umyć choćby tylko plecy. ;-) Oczywiście od razu rodziły się na miejscu hałaśliwe spory, kto ma myć pierwszy etc.
A tuż obok - "Patrz, szwagier, jaka franca!" czyli Jurassic Park im. Marszałka Piłsudskiego :-)
To mięsożerny allozaur z Ameryki, patrzy łakomym wzrokiem na amerykańską knajpę-sieciówkę po drugiej stronie alei. Knajpa to taki minimalnie lepsza wersja makdonalda z syfiastymi gatunkami pseudopiwa, więc niech sobie ją ten allozaur pożre - razem z budynkiem i jej bywalcami. Byle biedakowi to okropne danie nie zaszkodziło.
Tu widać, jaki wielki był ten lądowy przodek (w linii bocznej) słynnego forfitera.
Gdy roztopy upodobnią Pole Mokotowskie do bagien Florydy, popłynę tam kajakiem nakarmić tę france surowymi czikenami. Tylko skąd wezmę do towarzystawa na tę wyprawę jakiegoś szwagra, skoro nie mam żadnej siostry... ;-)
Dinozaur stanął przed Wydziałem Geologii UW, gdy obchodzono Dzień Ziemi w czerwcu 2009 roku. Ufudnował go dinozaurowy park rozrywki w Bałtowie na [jurajskiej] (sz)kiele[t/c]czyźnie :-)
sobota, 21 stycznia 2012
Fajf u Szpilmana w radio (sic!)
Na scenie-antenie wywiad, a raczej rozmowa w luźnym stylu z Royal String Quartet, przerywana demonstrowaniem na żywo sporych fragmentów utworów (Mozart, Czajkowski, Grieg, Debussy, Górecki), pytania publiczności, a potem koncert (kwartet Mozarta). Na początek muzycy zagrali jednak na żywo jeden z nowych sygnałów Dwójki, w obecności jego kompozytora, znajdującego się na sali incognito - albo jak mawiają na Targówku - in koguto. ;-)
Poza sprawami muzycznymi artyści ze swadą opowiadali o swojej drodze artystycznej, oczywiście nie stroniąc od anegdotek z życia w trasie. Były też przerywniki-niespodzianki.
Five'o clock to bardzo ciekawy pomysł na audycję, byleby zapraszać jak najróżnorodniejsze pod względem muzycznym zespoły i oczywiście mające coś ciekawego do powiedzenia o granej przez siebie muzyce oraz jej kulturowych kontekstach, tak jak właśnie umieją opowiadać członkowie RSQ. Z podobnych audycji - np. w rodzaju również dwójkowego "U progu kariery" - wiadomo, że znalezienie takich muzyków niestety może nie być łatwe.
Landrynkowe wnętrze
Studiu temu nadano niedawno imię Władysława Szpilmana, a ożyło ono po prawie 30 latach, aby - ledwie przebudzone z tego długiego letargu - zakrzyknąć mogło wielkim głosem: "seledynowo mi!" - bo jak widać na zdjęciu powyżej na taki wyrzaczasty kolor zostało jego wnętrze pomalowane. Z wad pomniejszych wymienić trzeba koniecznie zbyt wysokie oparcia krzeseł, utrudniające obserwację sceny (bo przecież tylko posłuchać audycji to sobie można i w eterze). Zauważyłem, że oparcia owe niektórych ze słuchaczy ze sporym powodzeniem zachęciły do drzemki. :-)
Kolorystyka wnętrza studia to pewnie nawiązanie ;-) do promowanych przez obecną ekipę rządzącą miastem krzykliwych i odpustowych kolorów, na które wbrew historykom sztuki pomalowano niektóre historyczne gmachy warszawskiego Traktu Królewskiego - vide pałac Czapskich, Branickich czy Wilanów).
Twarzą w twarz z radiowym głosami
Miło zobaczyć znane z różnych festiwali twarze radiowców Dwójki - ludzi, których gości się przecież u siebie w domu po kilka razy dziennie via radiowe głośniki, a poza tym słyszy się ich ciągle przez słuchawki radia w komórce - na przykład czekając w kolejce, idąc przez miasto, jadąc autobusem czy pociągiem, z głośników samochodowego radia i odtwarzacza, a w postaci podcastów mp3 to nawet przez słuchawki w samolocie. (Notabene marginalizacja znaczenia podcastów w obecnej wersji portalu Polskiego Radia to z punktu widzenia popularyzacji jakaś krecia robota, by nie rzec sabotaż).
Nie sposób też nie zaznaczyć, że patrząc na urodę i gustowne stroje pań redaktor postuluję, by Dwójka wzorem Czwórki miała również swoją wersję telewizyjną. Coś już w tym kierunku zrobiono, bo na sali było kilka kamer telewizyjnych, ale gdzie i kiedy będzie retransmisja tego, co zarejestrowały? Zaręczam, że słuchaczki radia też by z takiej wizualnej wersji odniosły wiele miłych wrażeń, szczególnie gdyby na wizji pojawiła się trójkowa audycja "Strefa rokendrola wolna od angola" :-) Styl ubierania jej prezentera można również określić jako five o'clock w wersji oksfordzkiej. :-)
Przecież szefostwo Białostockiego Teatru Lalek dawno odkryło, że gdy ma się takie aktorki, to trzymanie ich za parawanem byłoby w działaniem stylu psa ogrodnika, więc teraz artystki te grywają także na żywym planie. Od czasów Wiecha wiemy, że w końcu telewizja to tylko "radio z lufcikiem" :-) A pierwszą, zupełnie polską telewizję, czyli tą przedwojenną, zakładało właśnie Polskie Radio.
Z Dwójką w przyszłość
Emisja programu dopiero za tydzień (w sobotę, 28 stycznia o godz. 17:00, mapa częstotliwości Dwójki jest tutaj). Kolejny więc raz dzięki ukochanemu Programowi Drugiemu wyprzedziłem rzeczywistość - tak jak neutrina wyprzedzają światło. :-) Oczywiście - jak to często w Dwójce - nie obyło się bez awarii mikrofonu i wynikającego z niej dubla - przerabiam to często przy okazji innych dwójkowych nagrań. Publiczność dzielnie się spisała i powtórzyła wszystko, co trzeba - łącznie z oklaskami. Dowód na to jest w powyższym filmie, nakręconym właśnie w czasie tego dubla - czyli to właśnie pójdzie na antenę.
Jak to w przedwojennym dowcipie radiowym: Daję wam słowo, że nasze audycje nie są nadawane z płyt... nadawane z płyt... nadawane z płyt... ;-)
Teraz czekam na to, gdy na koncercie któregoś z transmitowanych na żywo moich ulubionych festiwali typu Misteria Paschalia czy Pieśni naszych korzeni taki np. Jordi Savall zostanie poproszony o powtórzenie choć kawałka koncertu. :-) Założę się, że z jego strony nie byłoby problemu. :-)
Świetne plakaty, marne herbaty
Po spotkaniu w studio zaprosz0no słuchaczy na herbatę do udekorowanego świetnymi, historycznymi plakatami radiowego foyer (albo "do fojera" - jak mawia Krzysztof Trebunia-Tutka).
Co prawda nawet sól - jeśli darowana - słodko smakuje - jak powiedział szef ochrony gmachu, ale niestety herbata - choć angielskiej firmy - była bardzo marnej klasy i - o zgrozo! - z torebki na sznurku.
Co gorsza podobno nawet samego księcia Karola w Białym Domu ugoszczono herbatą na smyczy!
Sam mógłbym wskazać parę przyzwoitych herbaciarni w Nowym Jorku czy Bostonie, więc i Waszyngtonie by się znalazły. Ależ dożyliśmy czasów - choć z drugiej strony czegóż w tej materii można się spodziewać po towarzyszach arywisty typu Obamy, a i w ogóle po Ameryce, która zalet ma mnóstwo, ale one tkwią zupełnie gdzie indziej. Tutaj całe szczęście mamy jeszcze Europę (i nie mam tu na myśli Związku Socjalistycznych Republik Europejskich).
Jeśli organizuje się spotkanie w stylu, nawiązującym do angielskich five o'clock, to noblesse oblige. Wypadałoby znaleźć sponsora audycji wśród dobrych firm herbacianych (typu Twinings z Londynu czy choćby Dilmah z Cejlonu, byłej kolonii brytyjskiej), który może dostarczyć herbatę liściastą, potrafi ją należycie przyrządzić i prawidłowo podać - oczywiście ze śmietanką. Jeśli wielcy nie zechcą, to na pewno zgodzi się któraś stołeczna herbaciarnia. Gdy wzorować się mamy na dumnym Albionie, to róbmy to z angielską klasą. Co prawda znawcy herbaty twierdzili, że herbata popsuła się nagle i bezpowrotnie w roku odzyskania niepodległości przez Indie.
Pianisty życiorys, własną ręką spisany
Szpilman po powstaniu ukrywał się w kamienicy odległej od obecnego gmachu radia o pół godziny piechotą, a po wojnie przecież był wiele lat dyrektorem muzycznym Polskiego Radia i kompozytorem mnóstwa szlagierów ówczesnych ebonitowych, winylowych i taśmowych playlist. ;-)
Wspomnienia okupacyjne Szpilmana ukazały się tuż po wojnie, w roku 1946 pod tytułem Śmierć miasta (gdy jeszcze żył jego niemiecki wybawca Wilm Hosenfeld i można go było uratować, ale sowiecki system był głuchy na wszelkie interwencje). Książka została okrojona przez cenzurę i wydana w małym nakładzie, bo ukazywała wiele faktów z niewygodnej dla władzy strony. Ponadto nie odbiła się wtedy zbyt szerokim echem, ponieważ wszyscy znali mnóstwo podobnych historii z życia swojego i swoich sąsiadów, a i wielu ludzi w ogóle nie chciało do tej przeszłości wracać. Nie pomogła przedmowa Jerzego Waldorffa, który zresztą był radiowym i stancyjnym ;-) kolegą Szpilmana. Stancyjnym, bo w budynku przy Targowej 63, gdzie tuż po wojnie w mieszkaniu odebranym pp. Rymarzom mieściło sie Polskie Radio, Szpilman i Waldorff spali na podłodze pod jednym fortepianem w pokoju, pełniącym za dnia rolę studia.
Radiowy gmach byłego więzienia
Wypada wspomnieć, że główny gmach radia (czyli ten właśnie) budowano w latach stalinowskich jako więzienie (przynajmniej częściowo), a w trakcie zmieniono przeznaczenie budynku na radio. Do dziś kręci się umundurowanych i uzbrojonych strażników rój. ;-)
Słowem dostać się do środka nie jest łatwo. :-) Za to w odróżnieniu od więzienia z wyjściem nieco łatwiej - 0czywiście jeśli się wie, gdzie przy furtce nacisnąć odpowiedni klawisz. A może powinno się mówić "nacisnąć odpowiedniego klawisza? ;-)
Radiowi kombatanci
Z ciekawostek - w gmachu działają jeszcze instytucje, które we współczesnym zakładzie pracy zdają się trącić nieco myszką. Ciekawe, kombatanci jakiej epoki i jakich opcji tu działają.
czwartek, 19 stycznia 2012
Čači Vorba przy Inżynierskiej
Ogromnym atutem zespołu jest rewelcyjna i charakterna skrzypaczka, altowiolistka, ale przede wszystkim wokalistka Mariska (czyli Marysia Natanson, poprzednio Orkiestra św. Mikołaja, a wcześniej Semenca; obserwuję pilnie jej artystyczny rozwój od 2004 roku, bo karierę sceniczną zaczęła wyjątkowo wcześnie).
Korowody na Nowej Pradze
wtorek, 17 stycznia 2012
W Antrakcie - na grzyby na Żoliborz
Warszawski biurowiec współczesny
Ciekawe, kto bez zaglądania do linków zgadnie, gdzie to jest. :-)
Jerzy S. Majewski, wspominał o tej budowli w 2006, jako o nieukończonym apartamentowcu, a wtedy jego budowa od wielu lat utknęła w martwym punkcie. Teraz apartamentowiec przekszatałcił się w wielce nietypowy biurowiec, który jest już prawie kompletnie wyposażony, a na oferty jego wynajmu można trafić nie tylko u właścicieli i w krajowych agencjach wynajmu pośrednictwa nieruchomości, ale także w zaoceanicznych.
Okolica jest raczej znana z architektury modernistycznej, ale budownictwa historyzującego w typie włoskim jest nieco w pobliżu, tylko że na ogół są to wille przedwojenne.
Autorem projektu jest Tomasz Markiewicz (czyli nic przez prawie 20 lat trwania budowy się nie zmieniło, projektant pozostał ten sam), a budynek należy do rodziny Podniesińskich (notowanej w pierwszej dwudziestce na liście 100 tygodnika Wprost).
Balustrady strzegą lwy, stające dęba:
Te jednak są raczej neoromańskie:
Bramy wjazdowej pilnuja zaś dwa niedźwiedzie w stylistyce raczej modernistycznej:
Umieszczam tu ten zaskakujący budynek, bo o dziwo jest mało znany. Niecały rok temu pokazały się dwa jego dwa zdjęcia na SkyScraperCity. Ostatnio okazało się, że nie kojarzyło tej ciekawostki kilku z najwyższej możliwej półki varsavianistów - w tym lwologów ;-)
Wydawałoby się, że architektura tak historyzująca już od kilkudziesięciu lat nie powstaje (pomijając liczne dworki oraz takie rzadkie przypadki jak pałacyk przy Kaleńskiej 8 -bo to ponoć realizacja projektu sprzed 200 lat - no i willowe miejscowości w rodzaju Konstancina - no ale to nie są centra wielkich miast).
P.S. Blisko pałacyku przy Kaleńskiej jest nastrojowo wyglądający drewniany domek. W pobliżu opisywanego biurowca również znajduje się klimatyczna budowla, niestety już waląca się.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Infrastruktura sportowa w polityce inwestycyjnej Stefana Starzyńskiego
sobota, 14 stycznia 2012
Męskie śniadanie :-)
Jedną ze scen w pana filmie jest wspólne rodzinne śniadanie. Bohaterowie mówią o nim, że jest typowe dla Czarnogóry. Mężczyźni piją śliwowicę...
Ale tylko po dwa kieliszki. Takiego śniadania nie serwuje się na co dzień, tylko w weekendy i święta. Typowe jest to, że imigranci zachowują się bardziej po rzymsku niż sami Rzymianie – dbają o tradycję silniej, niżby robili to u siebie w kraju.